Menu
Ameryka Południowa / Kolumbia.

Stąpając po dnie oceanu. Villa de Leyva.

VILLA DE LEYVA. Colombia.

Villa de Leyva

Idylliczne, kolonialne miasteczko Villa de Leyva jest położone wśród wzgórz kryjących w sobie osobliwe skarby.  To skamieliny morskich gadów i skorupiaków, ponieważ miliony lat temu szumiał tu ocean.

145 milionów lat temu rozpoczął się ostatni  okres ery mezozoicznej- kreda. Po lądach chodziły dinozaury, a w wodach pływały amonity i belemnity, czyli prehistoryczne skorupiaki.

66 milionów lat później życie tych stworzeń zakończyło uderzenie meteorytu w Zatoce Meksykańskiej. Warto zajrzeć do meksykańskiego wpisu o tym, jak powstały cenoty.

Wody ustąpiły, zaczęły formować się Andy. Kości istot żyjących w wodzie zostały osadzone w skałach, dzięki czemu przetrwały do czasów współczesnych.

Kiedy się zobaczy to na własne oczy i dotknie, wstrząs jest silny. Są wszędzie, po drodze do miasteczka mijamy tabliczki z napisem –  Los Fosiles. Wmurowane w piedestały i służące jako donice albo dekoracje, uświadomiły mi  jaką kropelką jest moje życie.

Amonity.

Największe znalezione amonity miały ok. dwóch metrów średnicy.

Pasują do siebie tak doskonale, jak klocki lego. To najlepsza pamiątka z podróży.

Kronosaurus.

Pewnego razu zdarzyło się coś, co wstrząsnęło mieszkańcami przyzwyczajonymi do niecodziennych znalezisk. W 1977 roku rolnicy natknęli się na kompletny szkielet  krokodyla z okresu kredy.

Kronosaurus boyacensis, to jeden z największych i najbardziej zabójczych gadów morskich, polował na plezjozaury, pterozaury i ichtiozaury. Nazwa Kronosaurus pochodzi od greckiego boga Kronosa.

Znaleziony szkielet potwora mierzy 7 metrów! Jego wiek datuje się na 115 milionów lat. Prawdopodobnie bestia utknęła w błocie. W obawie przed uszkodzeniem dookoła niego zbudowano muzeum.

VILLA DE LEYVA. Colombia.

Miasteczko jest prawdziwym klejnotem historii.  Znajduje się około 160 km. od Bogoty.  Zapewniano nas, że dojedziemy w 3 godziny, jechaliśmy 6. Drogi są fatalne, omijanie dziur, przyspieszanie i hamowanie było bardzo nieprzyjemne. Szybko zapomniałam o przykrościach i ogarnął mnie zachwyt.

Brukowane ulice, kaskady bouganvilli zwieszające się z białych ścian i  bramy, za którymi kryły się czarodziejskie ogrody. Każdy budynek posiada patio pełne kwiatów i cudownych krzewów, wokół których krążą kolibry. Najstarsze domy mają po 400 lat, nic dziwnego, że nakręcono tu hiszpańską wersję “El Zorro”.

Muisca.

To również dawne ziemie ludu Muisca. Tych samych, których obrzędy przyczyniły się do hiszpańskiej gorączki złota.  Polecam wpis o Eldorado.

Według legend, z pobliskiego Jeziora Iguaque wyłoniła się bogini Bachue z małym chłopcem w ramionach. Są uważani pierwszych ludzi. Kiedy chłopiec dorósł, został mężem bogini, a ich dzieci zaludniły świat. Na wzgórzach znajduje się dawne obserwatorium Muisca. Znajomość astronomii pomagała w uprawie roślin.  Pewnego dnia pojawili się Hiszpanie i próbowali w tym miejscu założyć miasto. Poddali się po 12 latach i zbudowali miasto w obecnym miejscu.

Plaza Mayor.

VILLA DE LEYVA. Colombia.

 Villa de Leyva została założona w 1572.

VILLA DE LEYVA. Colombia.

 Plac o powierzchni 14 000 metrów kwadratowych jest uważany za najpiękniejszy plac Kolumbii i jeden z największych w Ameryce Południowej. Niegdyś stało tu kilka szubienic przeznaczonych dla bojowników o wolność. Obecnie służy ludziom i widać, że potrafią cieszyć się swoim miastem. Korzystają z uroczych kawiarni, restauracji pośrodku ogrodów, albo zwyczajnie siedzą na placu z przyjaciółmi.

VILLA DE LEYVA. Colombia.

VILLA DE LEYVA. Colombia.

VILLA DE LEYVA. Colombia.

VILLA DE LEYVA. Colombia.

VILLA DE LEYVA. Colombia.

W soboty odbywa się targ, zdążyliśmy na ostatnie minuty po męczącej podróży z Bogoty. Krzysztof próbował namierzyć granadille, a ja szłam za słodko intrygującym zapachem. Nieduże ananasy o pomarańczowym miąższu, smakowały nieziemsko, były samym sokiem. Truskawki prosto z pola w styczniu i sterty avocado  Nic dziwnego, że podaje się je do każdego posiłku, jednym słowem raj.

Senora del Rosario.

Budowę kościoła rozpoczęto w 1604 r. Dzięki darowiznom od króla i parafian ukończono go w cztery lata. Kościół Matki Bożej Różańcowej był świadkiem wielkich wydarzeń historycznych.
Zdumiało mnie, że ludzie wchodzą wieczorem na chwilę, żeby poszeptać wspólnie różaniec, a potem siadają na schodach delektując się pięknym wieczorem. Kościół dla ludzi, otwarty jak kawiarnie i restauracje, usytuowany pośrodku rozrywek.

VILLA DE LEYVA. Colombia.

VILLA DE LEYVA. Colombia.

Mirador el Santo.

Mówili: łatwa trasa, tylko 40 minut marszu. Dojście do szlaku zajęło 20 minut. Potem trzeba było zatrzymać się przy każdej agawie i sosnach o niewiarygodnie długich igłach. Wspinanie się w cieniu drzew i obserwowanie tego, co się zaczynało wyłaniać było wspaniałe.

VILLA DE LEYVA. Colombia.

Po dobrej godzinie, kiedy wyszliśmy z cienia i spływaliśmy potem,  na horyzoncie pojawiła się mała, biała kropeczka. To posąg Jezusa,  tam się kończy szlak. My naszą wędrówkę zakończyliśmy w tym przepięknym miejscu, podbudowani tym, że inni dużo wcześniej się poddali i wyglądali, jakby pilnie potrzebowali pomocy lekarza. Wąsy są przyklejone na potrzeby zdjęć. Krzysztof tak sobie wyobrażał prawdziwego Kolumbijczyka.

Byłam niepocieszona tym, że po dwóch dniach trzeba jechać dalej. Okazało się, że może być jeszcze piękniej. Kolejne 6 godzin w drodze i nowe olśnienie.  Polecam Baricharę, najbardziej malownicze miasteczko z serii: czas się zatrzymał, już jest na blogu,

13 komentarzy

  • Olga Jawor
    22 marca 2019 at 8:05 AM

    Najpierw obejrzałam zdjęcia, potem przeczytałam tekst. Bo te zdjęcia są niesamowitym ładunkiem energii, której mi potrzeba. Człowiek patrzy i napełnia sie emanującym z nich ciepłem, kolorem, smakiem, wyobrażeniem jak tam jest, w tym zupełnie innym od znanego nam na co dzień, świecie. Najbardziej podobają mi sie fotografie z tym cudnie zachmurzonym niebem w tle. I te kocie łby oświetlone na złoto. To jak obrazy namalowany przez genialnego artystę. Natura i dzieło rąk ludzkich w jednym tworzą razem ten majstersztyk.
    Bardzo łądnie Twojemu mężowi z tym czarnym jak węgiel wąsem! Idąc tym tropem Tobie przydałby sie kwiat w rozpuszczonych włosach! I juz byłaby para prawdziwych Kolumbijczyków!:-)
    Oj, narobiłaś mi smaka na truskawki (bo choć ananasy lubię, to rzadko jadam, bo parzą mnie w język i usta)!
    Buziaki serdeczne zasyłam Ci o poranku i podziękowania za umożliwienie wędrówki po tym kolorowym świecie!:-))

    Reply
    • Maria Kowalewski
      22 marca 2019 at 10:36 AM

      Witaj Ola. Zacznę od ananasa, bo i mnie intrygowało, dlaczego szczypie i drętwieje. To od enzymu, który nazywa się bromelaina, rozkłada białko. Dlatego ananas wspomaga odchudzanie. Najwięcej tego enzymu jest na środku, w tej zdrewniałej części. Im owoc dojrzalszy, tym mniej enzymu. W kolumbijskich ananasach nie szczypało wcale. U nas bardzo często można kupić piękne ananasy za grosze, potrafię już rozpoznać które się nadają, do tego myję je przed obraniem.
      Mam ograniczone możliwości pokazania wszystkiego niestety. Uliczek było sporo, sklep z czekoladą miał pralinki w kształcie amonitów, a miejsce w którym się zatrzymaliśmy, to kolejna bajka. Śniadania jadaliśmy na patio, takim z roślinami i kolibrami. Fantastyczni gospodarze, kawa doskonała, zresztą kupiliśmy ziarnistą do zabrania z małej, rodzinnej plantacji.
      Taki świat zobaczyć w styczniu, to ładunek na resztę zimy. Cieszę się, że mogłam się z Tobą tym podzielić. Pozdrawiam ciepło.

      Reply
      • stardust
        22 marca 2019 at 12:12 PM

        Tu sie przytule, bo bromelaina jest doskonalym srodkiem zapobiegajacym siniakom pooperacyjnym. Wiem bo bralam w tabletkach na dwa tygodnie przed operacjami stop i wszyscy byli zawsze zdziwieni, ze nie mam ani opuchlizny ani zasiniaczonych miejsc wokol szwow.

        Reply
        • Maria Kowalewski
          22 marca 2019 at 12:41 PM

          No właśnie, jak wiem o tym cudzie, to gdzie tylko podają ananasy to się na nie rzucam, niech spalają moje kalorie:) Mam nadzieję dozyć szczęśliwie bez operacji żadnych, ale sobie zapamiętam. Pozdrawiam serdecznie Star.

          Reply
  • Irena -Hooltayewpodrozy
    22 marca 2019 at 9:39 AM

    Niesamowite miasteczko ze względu na historię. Pięknie położone.
    Dodatkowo pełne urokliwych miejsc.
    Wyobrażam sobie, jakie skarby są w tym muzeum.
    Super, że pokazujesz takie miejsca i pięknie słowem opowiadasz.
    Te skamieliny niewiarygodne.Można je dotkąc i przenieśc się w czasie.
    Wspaniały wpis-)
    Serdecznie pozdrawiam!!!!

    Reply
    • Maria Kowalewski
      22 marca 2019 at 10:40 AM

      Dzięki Irenko. No własnie mną wstrząsnęło, jak dotknęłam. Przywiezliśmy sporo tego, kupione na ulicy od pary starszych ludzi. Ciekawostka, podobnie jak w Ekwadorze, po zakupie, sprzedawca coś dorzuca gratis. Ja dostałam jeszcze spory kryształ górski, jeden owoc więcej, albo garść truskawek, miły zwyczaj.
      Jestem zauroczona tym krajem, ludzie bardzo mili, a widoki zniewalajace. Pozdrawiam serdecznie.

      Reply
  • stardust
    22 marca 2019 at 12:15 PM

    Nie bardzo mam czas na napisanie solidnego komentarza, ale cos musze napisac, bo jestem pod ogromnym wrazeniem i urokiem tego miasteczka. To jest cos co ja lubie, takie miejsca mi sie podobaja a Twoje zdjecia doskonale oddaja klimat.
    Przepieknie i to tego owoce i moje ukochane avocado:)
    Dziekuje Mario:**

    Reply
    • Maria Kowalewski
      22 marca 2019 at 12:39 PM

      To mnie cieszy, że tym razem Ci dogodziłam:))) Czasami nie trafiam w Twój gust. Poczekaj co się będzie działo w Barichara, tylko zamieszkać i codziennie zrywać banany z własnego drzewka. Ekwador uwielbiam, ale za Kolumbią zwyczajnie tęsknię, czysto, pięknie i życzliwie.

      Reply
  • Małgosia z Akacjowego Bloga
    22 marca 2019 at 6:15 PM

    Zadziwiające są amonity, a jeszcze bardziej ich obecność w otoczeniu 🙂 Czas ich życia jest tak odległy, że przerasta to moją wyobraźnię. Urokliwe miasteczko. Ananasy uwielbiam jeść w miejscach, gdzie dojrzewają, te u nas w sprzedaży nigdy nie mają wystarczającej słodyczy i aromatu. Avocado, melony, papaje, marakuje, raj owocowy 🙂 Mirador wart wysiłku, wąsy bardzo twarzowe 😀 Pozdrawiam Was serdecznie i idę czytać o Jukatanie 🙂

    Reply
    • Maria Kowalewski
      22 marca 2019 at 6:51 PM

      Toteż właśnie, jak zobaczyłam, dotknęłam, to te miliony lat istnienia Ziemi przestały być abstrakcją. Tak, można żyć samymi owocami, uwielbiam ciepłe od słońca, dojrzałe papaje, a chyba najbardziej czerymoję. Gdzieś we wpisie o Ekwadorze, próbowałam pokazać targ i owoce. Pozdrawiam Małgosiu serdecznie.

      Reply
  • Kitty
    28 marca 2019 at 12:52 PM

    Zdjecia bajeczne po prostu – chlone i chlone i nie moge sie napatrzec. Moje ulubione w tej serii to tak biegnaca w dol uliczka, po prostu cudowna.

    Pierwszy raz sprobowalam swiezego ananasa w zeszlym roku ( cale zycie jadlam te z puszki ) – opchalam sie nim po uszy, doslownie i w przenosni. Poparzone mialam cale usta od ucha do ucha! I teraz sie boje, choc wiem, jakie sa zdrowe.
    A moja mama – ktora zjadla drugiego – nic. Nawet jej nie zaszczypalo.

    Przepiekne te amonity – i nie dziwie sie, ze tesknisz za Kolumbia – ja ja rowniez pokochalam Twoimi oczami. Ucalowania

    Reply
    • Maria Kowalewski
      28 marca 2019 at 1:52 PM

      Dziękuję i bardzo się cieszę, że jakoś udaje się mój zachwyt Kolumbią pokazać. Tyle, że nie ma zapachów jedzenia, cudnych knajpek w ogrodach, muzyki i krzyczących, kolorowych pamiatek.
      Szczypie na pewno od enzymu, ale podejrzewam, że tez od środków konserwujących. Trzeba jeść takie, które mają mocno pachnąca, pomarańczową podstawę. Własnie pożarłam pół i nic. U nas była promocja- 98 centów za sztukę z Gwatemali chyba.
      Kolumbia i Ekwador są dużo mniej turystyczne niż Peru, a tyle perełek posiadają, że chciałabym tam wracać od razu. W dodatku nie jest tak obrzydliwie gorąco jak w Panamie, gdzie wabią ludzi do zamieszkania na emeryturze. Bardzo lubię hiszpański. Uściski Kitty, zaraz nadrobię zaległości wszystkie. Pozdrawiam serdecznie

      Reply
  • Mokka
    17 maja 2019 at 6:10 PM

    Zawsze ciągnęło mnie do Ameryki Południowej. Wraz z Krzysztofem wspaniale się uzupełniacie. Piękne zdjęcia i świetny opis, oddający nastrój miejsc. Mieszkałam w Polsce w miejscowości, nad którą również szumiało prastare może. Wszędzie można było znaleźć amonity, rurkowce, kalmary. Wprawdzie nie tak duże, jak te na Waszych zdjęciach, ale równie stare:) My budujemy sobie grobowce i pomniki na nagrobkach, amonity upamiętniły się w naturalny sposób. W Twoim tekście szczególnie podoba mi się to, że zwracasz uwagę na duchowy aspekt miejsca – w wielu blogach podróżniczych tego brakuje 🙂
    PS. Cudne masz warkocze. Czy rodowici Kolumbijczycy mieli tak poważne miny jak Krzysztof?

    Reply

Leave a Reply